Studium przypadku z mojej pracy jako genealog genetyczny. Sprawa prowadzona w zespole z Anną Kwoką-Lachcik i Katarzyną Hibel pod skrzydłami Fundacji Dziedzictwo Genetyczne.
Agnieszka zrobiła w rodzinie testy DNA z czystej ciekawości. Chciała sprawdzić, ile mają polskiego, ile białoruskiego, ile niemieckiego — bo rodzina pochodziła z Kresów i Grodzieńszczyzny. Spodziewała się, że wynik potwierdzi to, co już wiedziała z opowieści dziadków.
Wynik pokazał coś innego.
U mamy wyszło około 25% pochodzenia aszkenazyjskiego. Czyli — w przybliżeniu — jedno na czworo dziadków było Żydem. A w rodzinie nikt nigdy, ani razu, o niczym takim nie wspomniał.
To, co stało się przez następne miesiące, było jednym z najbardziej poruszających śledztw genealogicznych, jakie prowadziłam. Skończyło się listem wysłanym przez Atlantyk, zwrotnym mailem od prawnuczki w Tucson w Arizonie, i tłumaczeniem 90-letniego listu z jidysz, w którym babka pisze do syna w Ameryce: „Gdybym miała skrzydła, przyleciałabym do was, ale moje zdrowie jest już słabe.”
To także jedna z tych historii, które przypominają mi, dlaczego nie potrafię odejść od tej pracy.
Co właściwie mówi 25%
Pierwszą rzeczą, którą trzeba sobie powiedzieć przy takich wynikach: 25% to nie jest dowód. To jest hipoteza.
Algorytmy estymujące pochodzenie etniczne pomylą się przy każdym teście. Czasem o kilka procent, czasem o znacznie więcej. Aszkenazyjski sygnał akurat należy do tych dobrze identyfikowalnych — populacja przez wieki żyła w endogamii, ma charakterystyczny profil — ale i tu trzeba sprawdzić, z której strony rodziny ten sygnał płynie.
Pierwszy krok: analiza dopasowań. Kogo mama Agnieszki „widzi” w bazach jako swoich kuzynów DNA, na ilu centymorganach, i przez której strony rodziny te dopasowania można umiejscowić.
Tutaj zaczęły się schody.
Endogamia, czyli dlaczego cM nie wystarczą
Standardowy genealog genetyczny patrzy na liczbę współdzielonych centymorganów (cM) i z grubsza wie, na jakim poziomie pokrewieństwa porusza się z daną osobą. 2400 cM to rodzeństwo. 1700 cM to dziadek/babcia, wnuk, ciotka, wuj albo rodzeństwo przyrodnie. 100-300 cM to dalsze pokrewieństwa.
W populacjach endogamicznych — czyli takich, gdzie ludzie przez pokolenia żenią się w obrębie tej samej grupy — ta arytmetyka się sypie.
Dwie osoby z Brooklynu, których rodziny przez 200 lat trzymały się ortodoksyjnej społeczności żydowskiej w jednym sztetlu, mogą współdzielić tyle samo DNA, ile kuzynowie drugiego stopnia — choć w sensie genealogicznym są ze sobą spokrewnieni o wiele dalej. Każda gałąź drzewa łączy się z inną kilka razy w głąb pokoleń. Po prostu dlatego, że pula małżeńska była mała.
Pierwsza rzecz, której nauczyła mnie ta sprawa: przy aszkenazyjskim komponencie nie można działać tylko po centymorganach. Trzeba budować drzewa, trójkować, weryfikować przez dokumenty.
Trzeba też mieć cierpliwość. Bo nazwiska się powtarzają, daty znikają w zniszczonych metrykach, a połowa archiwów leży teraz po stronie białoruskiej granicy, gdzie dostęp jest co co najmniej utrudniony.
Dwie bazy, jedno drzewo
Pracowałyśmy w trzy osoby: ja, Anna Kwoka-Lachcik i Katarzyna Hibel — każda z innym zestawem mocnych stron. Ja od strony genetyki i metodologii, Ania z fenomenalnym wyczuciem do drzew i niewiarygodną cierpliwością do grzebania w bazach, Kasia ze znajomością jidysz, hebrajskiego, wiedzą o judaizmie i kulturze Żydów aszkenazyjskich w Europie Środkowo-Wschodniej, która okazała się absolutnie kluczowa.
Pierwszy przełom przyszedł, gdy udało nam się powiązać jedenaścioro krewnych z dwóch różnych baz genealogicznych (Ancestry i MyHeritage) z jedną żydowską rodziną.
Rodzina miała trzech synów. Jeden z nich od 1928 roku przebywał w Stanach Zjednoczonych. Pozostali dwaj — byli braćmi bliźniakami.
Tu zacisnął mi się żołądek z dwóch powodów. Pierwszy: trzymałam właśnie w rękach hipotezę o dziadku Agnieszki. Drugi: bliźniaki.
Dlaczego bliźniacy to koszmar (i piękny problem)
Bliźniaki jednojajowe mają identyczne DNA. Co oznacza, że test DNA z definicji nie odróżni, który z nich był dziadkiem. Bliźnięta dwujajowe dzielą taką ilość DNA jak rodzeństwo. My jednak nie wiedzieliśmy, jakimi bliźniakami byli odnalezieni bracia.
W innych sprawach kończysz na DNA i masz odpowiedź. Tutaj DNA mówiło: „to jest jeden z tych dwóch panów”, i kropka. By ewentualnie móc rozróżnić, który z braci był ojcem, musielibyśmy znaleźć ich żyjących potomków.
Reszta musiała przyjść z dokumentów. Z biografii. Z drobnych szczegółów, które brzmią jak banał, dopóki nie ratują sprawy.
Brat z Tucson
Brat, który wyjechał do Ameryki w 1928 roku, nazywał się Mowsza Wołczyk. W Stanach stał się Marvinem H. Volkiem.
Wyjechał z Brzostowicy Wielkiej, którą dziś — jeśli ktoś by jej szukał na mapie — znajdzie po białoruskiej stronie granicy, jako Wielikaja Bierastawica. Najpierw mieszkał na Brooklynie. Potem przeniósł się do Kentucky, gdzie razem z innymi polskimi imigrantami otworzył mały sklep spożywczy. Tam urodzili się jego synowie: Max i Stanley.
Później rodzina przeniosła się do Tucson w Arizonie, gdzie Marvin zrobił karierę dewelopera — zbudował ponad 10 000 domów, Żydowskie Centrum Społecznościowe i synagogę Congregation Anshei Israel. Był wieloletnim prezesem Tucson Jewish Community Council. Zmarł w 1986 roku jako szanowany filar lokalnej społeczności.
To była strona, której skrupulatnie się trzymał przez całe życie: udało się, wyrwał rodzinę z Europy, wybudował im świat, w którym mogli żyć bezpiecznie. Strona, której nikt nie chciał głośno opowiadać: jego matka i obaj jego bracia bliźniacy zginęli w Holokauście w 1942 roku.
Bracia mieli na imię Abel i Mejer.
Aptekarz i kupiec
Co wiemy o samych braciach? Z dokumentów i listów wyłonił się obraz dwóch zawodów i jednego adresu.
W spisie współpłatników podatków w Grodnie z 1937 roku jest zapis: Wolczyk Mejer, Białostocka 46, handel. Mejer prowadził handel — to jego oficjalna, podatkowa identyfikacja zawodowa.
Z listów wynika, że Abel był farmaceutą, prowadził aptekę. Pracował tam także Mejer („Mayer i Even pracują w aptece” — pisała ich matka; „Even” to zniekształcona transkrypcja imienia Abel z jidysz), ale to apteka była biznesem Abla, a handel — biznesem Mejera. Bracia funkcjonowali w jednym rodzinnym ekosystemie.
Co to nam dało? Adres. Wiedziałyśmy, gdzie w Grodnie mieszkał Mejer. Mogłyśmy porównać go z miejscem zamieszkania rodziny matki babci Agnieszki w tym samym mieście. Mieszkali w odległości kilkuset metrów. Sąsiedzi.
I jeszcze jedna rzecz, którą wniosła rodzina amerykańska. Babcia Agnieszki — Janina — urodziła się w 1933 roku. Z pamiętnika Marvina Volka wynika, że jeden z jego braci wyjechał z nim do USA pod koniec lat 20., ale wkrótce wrócił do Polski w latach 30. Niestety źródło nie precyzuje, który z bliźniaków to był. Może Abel, może Mejer. Krótka podróż za ocean i powrót, w okolicach czasowych poczęcia Janiny.
Co stało się w Grodnie między jednym z braci a Jadwigą — młodą kobietą z polsko-niemieckiej, katolicko-ewangelickiej rodziny — nie wiemy. Nie dowiemy się nigdy. Wiemy tylko, że doszło do związku, którego skutkiem była dziewczynka urodzona w 1933 roku.
Jeśli bracia byli bliźniętami jednojajowymi, DNA nie pomoże nam ani o krok dalej. Bliźniaki jednojajowe mają identyczny materiał genetyczny. Test pokazuje, że ojciec Janiny był jednym z nich, ale nie powie, którym. Bez nowych dokumentów — listu, zeznania, zdjęcia z dedykacją, zapisku w pamiętniku — to pytanie pozostanie otwarte. Jeśli byli bliźniętami dwujajowymi, potrzebowalibyśmy znaleźć ich potomków, by rozróżnić, który z braci był ojcem.
W 1938 roku Jadwiga wyszła za mąż za Antoniego. To wtedy została wystawiona pierwsza metryka chrzcielna Janiny — z Antonim jako uznanym ojcem. Wówczas była to praktyka powszechna i akceptowana: dziecko nieślubne dostawało nazwisko i metrykę w momencie ślubu matki, mąż w akcie ślubu oświadczał, że spłodzili je przed ślubem.
To był ten sam okres, w którym narastał polski antysemityzm. Związek katoliczki z Żydem oznaczałby wykluczenie po obu stronach. Pamiętajmy też, że apteka i sklep to były rodzinne biznesy, sieć zależności i społecznych układów — żaden z braci nie mógłby sobie pozwolić na publiczne złamanie konwencji. Janina urodziła się jako dziecko niemożliwości.
A potem, w 1942 roku, Abel i Mejer zginęli w obozie koncentracyjnym podczas Zagłady. Jadwiga milczała do końca życia. Antoni — najprawdopodobniej wiedział, że Janina nie jest jego biologiczną córką, ale wychował ją jak swoją, dał jej nazwisko, dał jej dzieciństwo. Był ukochanym dziadkiem mamy Agnieszki. Żadne z rodzeństwa Jadwigi nie powiedziało nic swoim dzieciom. Tajemnica miała iść do grobu.
Poszła. Aż test DNA wnuczki Janiny w 2025 roku wyciągnął ją z powrotem.
List, który czekał 80 lat
Kiedy ustaliłyśmy hipotezę co do tożsamości dziadka, Agnieszka próbowała standardową drogą — pisała przez Ancestry, MyHeritage, FamilyTreeDNA do amerykańskich kuzynów. Cisza.
To bardzo częste. Ludzie robią test DNA z ciekawości, dostają sympatyczny raport, i przestają zaglądać do skrzynki w portalu. Nawet jeśli dostają wiadomości — często ich nie widzą.
Więc Agnieszka zrobiła coś niespodziewanego. Wysłała tradycyjny papierowy list. Przez ocean. Na adres, który udało się ustalić: do Lindy i Stanleya Volków w Tucson. Stanley to syn Marvina. Wciąż żyjący. Wciąż obecny.
List wisiał na odprawie celnej trzy tygodnie. Pewnego dnia Agnieszka była na poczcie i kobieta powiedziała jej: „Może wrócić do Polski, takie listy nieraz wracają.”
Następnego dnia rano w skrzynce Agnieszki była wiadomość od prawnuczki Marvina, Hannah z Tucson:
„Moja babcia Linda i dziadek Stanley otrzymali Twój serdeczny list pocztą. Bardzo się cieszę, że możemy się skontaktować i porozmawiać o naszej rodzinie, która zginęła podczas Holokaustu.
Obecnie tłumaczę strony z pamiętnika mojego pradziadka Marvina z początku lat 40. z jidysz na angielski, próbując połączyć wszystkie fakty i odnaleźć brakujące elementy naszej historii rodzinnej.”
Pamiętnika. Z jidysz. Pisanego od lat 40. Marvin pisał. Mówił o sobie „stróż brata mojego”. Po wojnie wrócił do Polski, do Wrocławia i Warszawy, jechał dalej do Moskwy, szukał kogokolwiek, kto przeżył. Nie znalazł. Pisał o tym, jak chodził po terenie zniszczonego getta warszawskiego.
I drugi list, który dostała Agnieszka, tłumaczenie ostatniego listu, który matka Marvina, Abla i Mejera napisała do swojego syna w Brooklynie. Najprawdopodobniej z 1941 roku, po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Tuż przed Zagładą.

„Moje drogie i kochane dzieci, jak się macie? Meishenki — otrzymaliśmy wszystkie wasze listy, zarówno Lejtze, jak i ja.
Pieniądze są w banku. Nie chcą mi ich wypłacić, ponieważ nie mam paszportu. Nie wiem, co robić. Mam nadzieję, że kiedy dostanę paszport, otrzymam też pieniądze. Nie przysyłajcie już więcej pieniędzy. Niczego nam nie brakuje. Wszystko jest dobrze.
Meishenki, nie potrafię wyrazić mojego szczęścia i mam nadzieję, że Bóg pomoże i że będziesz zdrowy, a twoje dzieci będą miały zdrowego ojca. Całą moją pociechą i nadzieją jest to, że pewnego dnia spotkamy się i porozmawiamy twarzą w twarz. Łzy szczęścia i nadziei spadają podczas pisania do was, z nadzieją, że wszystkie życzenia się spełnią.
Mayer i Even pracują w aptece, ale oczywiście pomagają Bene.
Boli mnie, że się z tobą nie spotkał. Ale musimy mieć nadzieję, że pewnego dnia to się wydarzy. Gdybym miała skrzydła, przyleciałabym do was, ale moje zdrowie jest już słabe.
(…)
Wasza matka”
Agnieszka napisała do nas tego ranka: „Czytam i płaczę.” Płakałyśmy wszystkie cztery.
To jest list praprababci Agnieszki. Kobiety, której istnienia jej rodzina nie znała do tego roku. Pisany do mężczyzny, który był bratem jej biologicznego dziadka. Trzymany w archiwum rodzinnym Volków przez ponad osiemdziesiąt lat, w czterech ścianach domu w Tucson, na drugim końcu świata.
I trafił do potomków pisarki — przez sklejone na nowo drzewo DNA i jeden papierowy list nadany z Opola.
Czego nauczyła nas ta sprawa
Kiedy mówię o tym, czego ta sprawa nauczyła nas metodologicznie, mam pięć punktów, które będę powtarzać:
Po pierwsze: wynik etniczny to start, nie meta. 25% aszkenazyjskiego było katalizatorem, ale samym dowodem nie było. Dowód powstał z połączenia dziesiątek dopasowań DNA, dwóch baz genealogicznych, dokumentów podatkowych, listów rodzinnych, planów miasta z 1932 roku.
Po drugie: w populacjach endogamicznych centymorgany kłamią. Trzeba budować drzewa, trójkować, weryfikować. Bez tego trafisz na zupełnie nie tych kuzynów, których szukasz.
Po trzecie: drobny biograficzny szczegół potrafi zaprowadzić cię tam, gdzie DNA cię już nie zaprowadzi. Adres, zawód, podatki, list — to pozwala zrozumieć, kim ci dwaj byli, jak żyli, gdzie się przecinały ich drogi z innymi ludźmi. Czasem te szczegóły rozstrzygają sprawę do końca. Czasem nie. W tej sprawie domknięcia, który z bliźniaków był ojcem Janiny, prawdopodobnie nigdy nie będzie. I to też jest uczciwa odpowiedź.
Po czwarte: lokalizacja jest kluczem. Białostocka 46. Adres Jadwigi. Odległość między nimi w Grodnie w 1932 roku. To nie jest „kolorowy dodatek” do badania. To jest dowód.
Po piąte: nie wszystko zaczyna się i kończy w bazach DNA. Najważniejszą wiadomość w tej sprawie wyciągnął list. Papier. Znaczek. Adres do Tucson. Trzy tygodnie odprawy celnej. Człowiek, który tę wiadomość otworzył i odpowiedział, bo poczuł, że to ważne.
Dziecko miłości
W trakcie rozmów Agnieszka napisała w pewnym momencie, że zaczyna boleśnie przeżywać tę sprawę. Że nie wie, czy między Jadwigą a jednym z braci była miłość, czy wykorzystanie. Że zaczyna utożsamiać się z tą rodziną.
Kasia napisała wtedy coś, co zapamiętałam: jej własna babcia była podobnie poczęta, choć w odwrotnej konfiguracji — to jej prababka była Żydówką. Mawiała o sobie: „jestem dzieckiem miłości”.
I że tak warto o tym myśleć.
Nie wiemy, co działo się między Jadwigą a jednym z braci Wołczyków w 1933 roku w Grodnie. Nie dowiemy się nigdy. Wiemy, że Janina urodziła się, dorosła, miała córkę, wnuczkę. Że trzy pokolenia żyły z luką, której nawet nie były świadome.
I że ta luka — dzięki testowi DNA, dzięki uporowi Agnieszki, dzięki pięknej pracy zespołu, w którym miałam zaszczyt być częścią — została wypełniona. Wypełniła ją nie tylko prawda biologiczna. Wypełniła ją także twarz prababki na zdjęciach Hannah, głos jej w listach, pamięć o niej w pamiętniku Marvina.
Pamięć, którą Holokaust próbował wymazać. Z którą rodzina sama postanowiła nigdy nie żyć.
I która, ostatecznie, się obroniła.
Jeśli też masz w teście DNA nieznany komponent
Każdy, kto robi test z Ancestry, MyHeritage, 23andMe czy FamilyTreeDNA, ryzykuje, że dostanie wynik, którego się nie spodziewał. Nieznany przodek, niespodziewane pochodzenie, dziadek, który okazuje się nie być biologicznym dziadkiem.
To są sprawy, którymi zajmuję się zawodowo razem z zespołem Fundacji Dziedzictwo Genetyczne. Identyfikacją nieznanych biologicznych krewnych, sprawami adopcyjnymi, dawcami komórek rozrodczych, niepewnym ojcostwem. Każda taka sprawa jest inna, każda wymaga połączenia DNA, klasycznej genealogii i — często — pracy archiwalnej w wielu krajach jednocześnie.
Jeśli widzisz w swoim teście coś, czego nie umiesz wytłumaczyć — odezwij się. Może da się to rozwikłać.
A jeśli masz informacje o rodzinach Yellin / Levin i/lub Wołczyk z Brzostowicy Wielkiej i Grodna, a szczególnie o braciach bliźniakach Ablu i Mejerze — bardzo chcemy je usłyszeć.

Zespół prowadzący sprawę: Katarzyna Hibel, Anna Kwoka-Lachcik, Marta Sobota.
Sprawa publikowana za zgodą klientki, której mama jest bohaterką tej historii.
Dane wrażliwe zostały zanonimizowane.


